Ciemność otaczała ją ze wszystkich stron, gęsta i duszna. Mira biegła przez senne krajobrazy, ale jej stopy nie zostawiały śladów. Wszystko wokół było zniekształcone – drzewa wyginały się w nienaturalne kształty, trawa falowała jak woda. Każdy jej oddech był ciężki, jakby powietrze stawiało opór.
Nie była sama.
Cień sunął za nią, powoli, nieśpiesznie, ale nieubłaganie. Nie widziała go wyraźnie, jedynie kontur, smugę mroku pełzającą po ziemi. Nie słyszała kroków, a mimo to wiedziała, że zbliża się coraz bardziej. Serce waliło jej w piersi, a strach ścisnął gardło jak lodowata dłoń. Próbowała przyspieszyć, ale jej ciało odmawiało posłuszeństwa – jakby coś oplatało jej nogi, ciągnęło w dół.
Szept.
Cichy, melodyjny, przywołujący ją po imieniu. Głos kobiety, słodki i fałszywie czuły, niósł się nad nierealnym krajobrazem. Mira wiedziała, że jeśli się odwróci, zobaczy coś, czego nie powinna widzieć.
Ale nie mogła się powstrzymać.
Jej głowa powoli, wbrew jej woli, zaczęła się obracać. Serce podeszło jej do gardła. Cień nabierał kształtu, a z ciemności wyłaniała się postać. Blada twarz, oczy czarne jak studnia bez dna. Długie, mokre włosy lepiły się do skóry. Istota unosiła się nad ziemią, otoczona wilgotnym, gnijącym zapachem jeziora. Naga kobieta, o nienaturalnie pięknym, choć sinym ciele, które lśniło wilgocią.
Jej uroda była hipnotyzująca, a jednocześnie budziła grozę – jakby za tą doskonałością kryło się coś złowieszczego.
– Mira… – wyszeptała. Dziewczyna krzyknęła i…
Obudziła się.
– Bo widzisz – kontynuował Dobromir, wskazując go nożem, którym przed chwilą kroił ser – o tobie też już mieliśmy parę debat. I choć opowiadasz bajki lepiej niż ja, to nie wyglądasz mi na bajarza. Bajarze nie noszą takich płaszczy, nie mają takiego spojrzenia i… no cóż, nie wiedzą tyle, ile ty. O potworach, o magii, o dawnych czasach.
Reszta spojrzała na Welesa uważnie. Nawet Bogna, która właśnie dolewała wina do kubków, przystanęła i uniosła głowę.
– I jeszcze jedno – dodał Dobromir, wskazując palcem na jego twarz. – Masz specyficzne rysy. I pokazałeś, że masz ponadprzeciętną siłę. Więc… kim naprawdę jesteś?
Weles uśmiechnął się lekko, jakby spodziewał się tego pytania. Jego spojrzenie omiotło twarze zebranych, a potem odezwał się spokojnym głosem:
– Jestem kimś, kto chce wam pomóc. Kimś, kogo nie musicie się obawiać. Jestem waszym przyjacielem.
– No cóż… Nie jest to odpowiedź, której się spodziewałem, ale powiedzmy, że mi wystarczy – mruknął, znów chwytając za ser.
– A jeśli powiem wam, że jestem człowiekiem? Czy to was uspokoi? A jeśli powiem, że nim nie jestem – czy to coś zmieni?
Lestek zmarszczył brwi, a Dobromir, który właśnie chciał się napić, zawahał się na moment.
– Ludzie przywiązują się do etykiet – kontynuował. – Lubią nazywać rzeczy, szufladkować je, zamykać w określonych ramach. Bo to daje im poczucie kontroli. Załóżmy, że całe życie żyję pośród was, myślę jak wy, czuję jak wy, troszczę się o was – to czy jestem człowiekiem, czy nie? Czy to w ogóle ma znaczenie?
Lestek podrapał się po brodzie, a Dobromir zmrużył oczy.
– Sprytnie to ująłeś – przyznał w końcu Dobromir. – Ale jeśli chcesz wiedzieć, czy osobiście mi to przeszkadza… to nie. Bylebyś nie zjadał ludzi na śniadanie.
Bogna parsknęła śmiechem, a Weles pokręcił głową z rozbawieniem.
– Spokojnie, Dobromirze. Ty i twoja pajda chleba nie musicie się mnie obawiać.
Mira zacisnęła zęby, wbijając spojrzenie w to wściekłe monstrum. Uniosła dłonie, ale zamiast skierować je ku górze, tym razem opuściła je ku ziemi. Skupiła całą swoją wolę, czerpiąc moc. Z ciemnej gleby zaczęły wyłaniać się grube, splątane korzenie. Niczym wijące się węże oplotły nogi bestii, wbijając się w jej futro i skórę, zaciskając się coraz mocniej. Czart warknął wściekle, ale jego siła była ogromna – szarpnął się raz, drugi, a korzenie zaczęły pękać pod jego brutalną mocą.
– Nie utrzymam go długo! – krzyknęła.
Nagle coś świsnęło w powietrzu i odbiło się od łba czarta. Bestia nawet nie zareagowała.
Mira zamrugała oczami.
– „Co to było?” – pomyślała i momentalnie odwróciła się w stronę, z której nadleciał przedmiot.
W górze, na gałęzi drzewa, w dość niezgrabnej pozycji siedział Dobromir, z zażenowaną miną, trzymając się kurczowo gałęzi obiema rękami.
– „Czy on właśnie rzucił kubkiem?!” – pomyślała Mira, chwilowo tracąc koncentrację.
Korzenie trzasnęły jak kruche gałęzie, rozrywając się pod naporem siły czarta. Bestia wyrwała się z pułapki, a jej kozie oczy zabłysły szaleństwem.
I wtedy ruszyła.
Czart pędził w ich stronę z zatrważającą prędkością, poruszając się na czterech kończynach niczym dzikie zwierzę. Jego masywne, umięśnione ręce wbijały się w ziemię jak przednie łapy, rozrzucając grudki błota. Kopyta dudniły z każdym krokiem, a ciężar cielska sprawiał, że grunt uginał się pod nim.